Ostatnimi czasy mieliśmy w obejściu kocioł jakby ktoś wrzucił w szambo popdpalony dynamit. Nowe forum, stronka, praca, seks, rock and roll… Ostatnie o czym można było myśleć to blog i kolejne ‘recenzje’.
Nadeszło jednak lato, mamy wczasy i tak należy poruszyć coś w naszym rozkosznym bagienku. Wierni fani zostaną wynagrodzeni świeżą porcją wygłupów przed kamerą, przeciwnikom zaś napełni się miska, będą mogli znów nas ponienawidzić.
Podobno właśnie to najlepiej świadczy o pracy człowieka – oddani fani i jeszcze wierniejsi krytycy.
Na tapecie zaś… Beast Wars Retrax, prawdziwie epokowa figurka.
Przełomowo kiepawa.
LPM na okienku przenosi na YouTube, ale to już wiecie.
Podobało się? Jasne, że sie podobało. Pochwałę można złożyć u dołu notki.
Żeby przerwać nastałą niezręczną ciszę zamieszczam moją najnowszą produkcję - teledysk na cześć jednej z moich ulubionych postaci w świecie Transformers. Mam nadzieję, że będziecie się równie dobrze bawić oglądając go, jak ja przy jego tworzeniu. Nieskromnie powiem, że jest zajebiaszczy.
Oto kolejna z cyklu kultowych wideorecenzji Transformers. Tym razem rozczłonkowany został Bumblebee concept Camaro 2008. Jest to najbardziej dopracowana technicznie z naszych dotychczasowych prac, jednocześnie, moim skromnym zdaniem, stanowi najlepszy z przeprowadzonych dotąd przeglądów. Poważnie rozważam wycofanie się z tej formy recenzji, bo wątpię, bym przeskoczył tak ustawioną poprzeczkę.
Tradycyjnie już- kliknięcie przeniesie oglądającego na stronę youtube, gdzie zobaczy recenzję w lepszej jakości...
Jak wiadomo- nie jest to taki zwykły dzień, dlatego też i redakcja bloga uczci go nietuzinkowo. Rzecz jasna jedynym odpowiednim sposobem podsumowania roku jest kolejna recenzja. Wideo recenzja. Tym razem ofiarą inteligentnych dialogów prowadzących padł Armada Tidal Wave.
Polecam kliknięcie na miniaturki i oglądaniu większej wersji na stronie Youtube.
Kobiety to istoty niezwykle
dziwne, rzekłbym nieobliczalne. Mają mentalność podobną do miny przeciwpiechotnej z czasów
II Wojny Światowej - czasem przejdziesz po niej i nic, ale może się zdarzyć, że
urwie ci nogi przy samym zadku, a dupę z kolei przy łopatkach. Cierpią na
dziesiątki schorzeń, względem których eksplanacyjna moc medycyny jest bezsilna -
syndrom napięcia przedmiesiączkowego, zmienne nastroje w okresie krwawienia,
zachwiania emocjonalne w czasie ciąży, menopauza… Kobieta jest przez jakieś 90%
swojego życia na coś chora, gorzej, że sama nie wie na co. Otoczenie tym
bardziej. Jednocześnie damska osobowość jest jak psychiczny czołg, kombajn
mielący wszystko co spotka na drodze bez krztyny refleksji. Obserwując setki
kobiet, które przewinęło się w moim bezpośrednim pobliżu dochodzę do wniosku,
że każda z nich nie ma pełnego poszanowania dla świata wokół. W większości ich
uczucia przypominają miłość orangutana i myszki. Raz orangutan próbował
przytulić myszkę, ta zatrzęsła się w jego ramionach, ale nie z rozkoszy.
Były to drgawki pośmiertne po złamaniu kręgosłupa. Orangutan nie wiedział co
się stało. Z kobietami jest identycznie - nie panują nad większością aspektów
swojego charakteru, a potem się dziwią czemu myszka się zepsuła. Mógłbym
ciągnąć tą refleksję w nieskończoność, ale dążę (jak zawsze) do poprowadzenia
zgoła innej myśli.
Włączam telewizję - widzę wielki
napis DYSKRYMINACJA. Jakaś ścięta na jeża babka w spodniach tak szerokich, że
widać je z kosmosu grzmi o feminizmie. Na bank jest lesbą, która próbuje
ustawiać facetów w szeregu. Wyłączam telewizję, bo drażni mnie takie jałowe
gdaczecie. Tymczasem w eter płyną słowa o niskim statusie kobiet, zjawisku „szklanego
sufitu” itp. Na tym etapie już wiem, że należy nie otwierać gazet, tylko
zastanowić się co sprawiło, że ci wszyscy ludzie szukają na siłę jakiegoś
problemu. Ostatecznie coś tam miałem z tą socjologią wspólnego, więc
wyciągnąłem z zakamarków pamięci jakąś genezę społeczeństwa. Otóż żyjemy na
kontynencie o zmiennym klimacie, gdzie trzeba przechowywać zapasy, co zmusza
ludzi do zgromadzeń. Jednocześnie ludzkie samice nie sprawdzają się dobrze
nawet w tym do czego powołała je matka natura - nie są w stanie rodzić same i
szybko regenerować organizmu po wydaniu na świat potomstwa. Kolejny powód, by zbić
się w gromady. Wreszcie kobiety są o jakieś średnio 30% słabsze fizycznie od
mężczyzn. Pech, ale faceci sprawdzają się lepiej w polowaniach. Logiczne zatem,
że kobieta została w domu, by opiekować się ogniskiem domowym. Jasne, dzisiaj
nie jesteśmy społeczeństwem pierwotnym, potrzeba zmian, bla, bla, bla.
Więc mamy rozwiniętą cywilizację,
gdzie kobieta jest podmiotem gospodarczym, jednocześnie istnieje na rynku
pracy. Nie ma już przymusu polowania, tężyzna fizyczna to wspomnienie (podobnie
moja zdolność do robienia pompek i brzuszków), więc czemu niby miałyby siedzieć
w domu? Kobiety wykonują taką samą pracę jak mężczyźni i z pełną racją domagają
się identycznych płac. Nie otrzymują ich, o tym wiemy wszyscy. One lubią
myśleć, że to wina nas, podłych, parszywych i zdeprawowanych samców, którzy nie
potrafią się pogodzić z tym, że mają konkurencję. To jednak wcale nie wina
mężczyzn, że kobiety na rynku pracy są upośledzone jak bezręki człowiek
ciułający przy taśmie produkcyjnej. Faceci musieli podzielić się swoimi
przywilejami, co z tym zrobiły panie?
Przeciętna firma, jako asystentka
zostaje przyjęta atrakcyjna blondynka. Dziewczyna legitymuje się dyplomem
wyższej uczelni, jest całkiem bystra jak na swoje warunki fizyczne. Pracuje
blisko szefa, dostaje spore pieniądze. Jak to się stało, że taka kobieta
dostała awans, podczas kiedy panie pracujące w firmie od lat X ciągle
przetrzepują papierki w dziale księgowości? Otóż pracownice księgówki znają
odpowiedź - jasne, że blond szmata puściła się z szefem. Ląduje mu w łóżku 3
razy dziennie, a obok podawania kawy serwuje też poranną śmietankę. Tej
teorii nie wymyślił woźny, sprzątacz, pracownik działu kadr… spisek odkryły
właśnie przenikliwe panie z księgowości. Zauważmy jednak, że owa blondynka
wcale nie jest wysoko postawionym pracownikiem. Rzadko która kobieta takowym
się staje. Związek ma to z prostym modelem - panie bardzo często ideologizują,
wyrażają swoje prywatne poglądy na które nie ma miejsca. Poza tym same
niewiasty niechętnie widzą inną przedstawicielkę swojej płci jako
zwierzchniczkę, identycznie wygląda sprawa pań w polityce. Kobiety wolą
wybierać mężczyzn, jak na ironię. Jak można poważnie traktować płeć, która nie
chce głosować sama na siebie?
Portal nasza-klasa.pl. Profil
zwykłej, nie wyróżniającej się urodą dziewoi. Dobra, powiedzmy to sobie otwarcie,
laska jest równie ciekawa, jak Przeminęło z Wiatrem zwolnieniu 0,5x. Użytkownik
portalu przegląda jej profil i dowiaduje się, że facet do którego namiętnie się
rzeczone dziewczę lepi to „jej miś”. Miś ma taką minę, jakby zdrewniał, albo
popuścił w majtki. Następna fotka - zdjęcie ze ślubu. Znowu widzimy misia, na
obliczu chłopa maluje się pusta beznadzieja. Ci co w dalszym ciągu oglądają
galerię zdjęć dziewczyny wiedzą dlaczego… następne 20 fotek to wyłącznie
zdjęcia tego samego dziecka, które widnieje na jej fotce głównej na portalu.
Nie muszę być Sherlockiem Holmes, żeby wiedzieć iż jest to owoc miłości jej i
misia, jednocześnie kula u nogi mężczyzny. Patrzę na to dziecko i widzę
obślinionego tucznika, jakieś 20 kilo na wadze przemysłowej, wyglądającego jak
golona prosto z garnka. Gdybym nie rozpoznawał cech ludzkiej fizjonomii
powiedziałbym, że to reklama baru mięsnego. Myślę „ale wstrętny bachor” i
zakładam się sam ze sobą, że nikt dumnej i bladej ze swojej progenitury mamusi
tego nie powie. Pod zdjęciem kilkanaście komentarzy, wszystkie podpisane
żeńskimi imionami, a między słowami płynie masło i wazelina. „Jakie śliczne,
jakie słodkie…”. Nie wytrzymałem z ciekawości - przejrzałem znajomych dziewoi, która
jest właścicielką profilu. Znalazłem misia. On też ma galerię zdjęć. Są ich
całe trzy. Na pierwszym znane mi już oblicze 'szczęśliwego' męża (i tylko ono), na drugim mąż z
kumplami, na trzecim mąż i jego samochód. Ani jednego zdjęcia obleśnego
bękarta, któremu użyczył DNA. Tym bardziej nie dostrzegam małżonki. Podły
samiec! Ignoruje wielką miłość tej kobiety. Z drugiej strony - gdyby na każdym
zdjęciu ją obejmował byłby podły, bo by swą wybrankę ograniczał. Faceci to
świnie.
Kościół na prowincji. Organy
strojone były na zeszłą Wigilię, fałszują niemiłosiernie. Stojąc przed drzwiami
słyszę kakofoniczny ryk ogłuszającego fałszu. „Jesteś silny, stary, wytrzymasz!
Myśl o czym innym. Dasz radę!”. Otwieram drzwi, nos poraża obrzydliwy zapach
kadzidła zmieszany betonującym powietrze swądem naftaliny. Powietrze jest tak
gęste, że światło ledwo przechodzi, ale dzięki tym resztkom promieni słońca
dostrzegam las przede mną. Las moherowej włóczki jak okiem sięgnął. Owe
plecione drzewa chwieją się do rytmu dyktowanego przez czarny suchy konar po
środku szkółki. Uwielbiam kościoły, widzę w nich głównie kobiety. Przede mną
bita godzina mordęgi i obserwowania podrygujących do taktu bezmyślnych kukieł
odmawiających skakance różańce… żeby usiedzieć trzeba zanurzyć się w refleksji.
„Skąd tu się wzięło tyle kobiet?”. Demografia mówi nam, że kobiety żyją średnio
dłużej od mężczyzn, jednocześnie wskaźnik religijności rośnie z wiekiem. Hmmmm…
To niezupełnie tak. W mniejszych miejscowościach Kościół spełnia funkcję
kulturotwórczą i organizacyjną. Jednocześnie kobiety nie mają tak szerokich
możliwości towarzyskich jak mężczyźni (dezaprobowane społecznie są wszystkie
rozrywki pozadomowe - jak idzie do knajpy jest pijaczką, na koncercie się puści
itd. Dziewczyny mają rozrywać się w domu), w związku z czym muszą spełniać
swoją potrzebę afiliacji w inny sposób. Kościół doskonale sprawdza się w roli
zgromadzenia, w którym można poznać osoby o zbliżonych przekonaniach i
zainteresowaniach. Religia jest poglądem wspólnotowym, który ma za zadanie
łączyć. Mężczyźni, w większości osoby towarzysko spełnione, nie alienujące się
i nie zmuszane do poświęcania dużej ilości czasu na prace domowe, mają mniejszą
potrzebę spotykania się w ramach sztucznych zgromadzeń, bo sami tworzą sobie
grupy towarzyskie. Kobiety są znacznie mniej zorganizowane i dużo wygodniej im
wstąpić do już istniejącej organizacji. Jednocześnie Kościół spełnia istotną
funkcję rozrywkową - gwarantuje wyjazdy, pielgrzymki, różnego rodzaju formy
spotkań, czy wreszcie mszę świętą, która poza rolą sakramentalną jest również
istotnym wydarzeniem towarzyskim na prowincji. Uczestnictwo w podobnej
uroczystości wymusza pewną dyscyplinę i zaangażowanie (odświętny strój,
punktualność). Jest to forma autoprezentacji na forum publicznym, mocno
aprobowana przez otoczenie.
Kobiety same ograniczają swoje
możliwości towarzyskie. Faceci spotkają się w knajpie na meczu, idą obejrzeć
film, potańczyć, wychodzą samotnie na imprezy w pracy. Co takiego mogą
zrobić panie? Gdy są młode - mogą poplotkować, wypić piwo ale z wiekiem relacje
towarzyskie się uszczuplają. Poza tym samotna kobieta wchodząca do knajpy może
od razu spodziewać się towarzystwa. Przecież dziewczyna nie może spokojnie
napić się browka, bo od razu szuka sobie gacha. Przynajmniej półgłówki
zasilające knajpianą społeczność wychodzą z tego założenia. Kobiety bardzo
rzadko z własnego wyboru wychodzą same, albo zawiązują indywidualne relacje
towarzyskie. Z reguły wszystkie zachowania mają mniejszy lub większy związek z mężczyznami.
To właśnie kobiety są w stanie podkraść swojej najbliższej przyjaciółce męża.
Analogiczna sytuacja między mężczyznami jest niewyobrażalna, przecież wszyscy
my, samce, jesteśmy po tej samej
stronie. Kobiety… cóż - nie są nawet same po swojej. Żeby było śmieszniej -
feminizm podkreśla równość względem mężczyzn przez „noszenie spodni”. Kobiety
próbują pobić facetów w ich własnej grze, zamiast podkreślić odmienność, przez
co same siebie skazują się na porażkę, gdyż w sposób najbardziej oczywisty nie
są takie same jak oni…
ALE TO WINA FACETÓW!
19.12.2007 - Edyt systemu wyświetlania archiwum, wszystko dostosowane do modelu identycznego jak na stronie głównej. Każdy dział ma obecnie swoją grafikę. Ponadto obrazek indexowy dostał świąteczny akcent... Poczujcie atmosferę i kupcie mi jakiś prezent!
Są święta, czas cudów, prezentów, gadających zwierząt, myślących kobiet i innych takich.
To chyba trafiony termin, żeby zazwyczaj dość cichy blog przemówił ludzkim głosem. Będziemy rozmawiać, jak to w święta, o B/bogu, prezentach i tym podobnych zagadnieniach.
Jednocześnie wszyscy, którzy narzekali na przydługawość moich wywodów czy polemik będą mogli rozsiąść się, zaprażyć kukurydzę i wejść w mój uroczy świat. Zapraszam na podróż po świecie Transformers z Shockiem i Ulvem...
(zalecam kliknięcie na wideo i przeniesienie na stronę youtube dla lepszej jakości)
I proszę... nie piszcie mi, że tekst jest przesunięty względem obrazu, tylko zastosujcie się do złotej myśli moich wideo produkcji:
Chcecie lepszych recenzji? Kupcie mi lepszą kamerę!
Wesołych Świąt, moi drodzy fani
18.12.2007 - Edyt html'a w komentarzach+ przeróbki w grafice.
Nocą z 16 na 17.08.2007 miałem po cichutku, nie wadząc nikomu iść sobie na premierę filmu Transformers. Posiedziałbym w kinie, poślinił się widząc wielkie roboty, poszedł do domu i zapomniał. Zazwyczaj jednak plany mają pewną wstrętną cechę- nie wszystko idzie zgodnie z nimi. I tak z mojego kameralnego seansu zrobiła się impreza na pół Dolnego Śląska, z litrami piwska i zarwaną nocą. Zamiast powrotu do ciepłego domku i łóżeczka przesiedziałem ponad 5 godzin na tamie, by o godzinie 8:00 zjeść śniadanie w przesympatycznym barze powolnej obsługi „Miś” (w którym panie zaczynając pracę są równie chamskie i agresywne jak wtedy, kiedy zmianę kończą). Planowałem iść na film o robotach zmieniających się w samochodziki, które strzelają do siebie, wybuchają i są w ogóle w pytkę.
Plany mają to do siebie, że nie wszystko idzie zgodnie z nimi.
Wchodząc do kina czułem się jak papież na wiejskiej mszy. Za mną wlokła się grupka biskupów (niektórzy za bardzo wczuli się w swoje biskupie role, bo taki Milosh zaczął napastować nieletnich chłopców). To był festyn, na który czekałem dobre pół życia, jakby nagle wszyscy uwierzyli w boga, którego ja czczę odkąd tylko pamiętam. Z takim nastawieniem był więcej niż oczywisty fakt, że wyjdę z kina rozczarowany. Nie rokowałem najmniejszej szansy, by stało się inaczej, jedyne co Michael Bay mógł zrobić to zminimalizować straty w końcowym saldzie mojego entuzjazmu.
Pierwsze co ukłuło mnie w oczy- napis TRANSFORMERS. Żadnego „the” przed tytułem. Dobra wróżba, nawet jeżeli wyjdzie kompletna kaszanka, przynajmniej nie będzie miała za wiele wspólnego fabularnie z tymi Transformerami, które oglądałem będąc dzieckiem. Film zaczyna się, jak wszystkie porządnego historie, od dużego bum. Ląduje Blackout, w kilka szybkich ujęć później z bazy wojskowej zostaje dziura w ziemi, a hieny mają używanie, żywiąc się napromieniowanym truchłem żołnierzy. Wielki helikopter zamienia się w robota i robi rzeź. To mniej więcej to, czego oczekiwałem. Wybuchy, wielkie roboty, wybuchy i więcej wielkich robotów. Skończyły się pierwsze wybuchy, a ja czekam na kolejną dawkę wielkich robotów. Figę, dostaję Frenzy’ego. Dobra, może nie jest wielki, ale to zawsze robot. Tyle, że ten karaczan cierpi na jakąś nadpobudliwość psychoruchową. Biega, tańczy, recytuje, zmienia się w boomboxa, miota ostrzami, strzela, przegląda google na Macintosh’u… prawdziwy robot renesansu. I kiedy pomyślałem sobie „teraz może być tylko lepiej”, pojawili się ludzie. Gdybym chciał oglądać ludzi, to poszedłbym na dramat wojenny, kryminał psychologiczny, albo film dokumentalny, ale jestem w kinie na seansie o wielkich robotach, dlaczego zatem raczy się mnie dylematami pryszczatego małolata, który najbliższy kontakt z kobietą miał przy porodzie? Nastoletni onanista imieniem Sam będzie zatem motorem napędowym fabuły, aż nie pojawi się więcej robotów. Wystarczy zacisnąć zęby i przecierpieć… Ble ble ble, ple, ple, ple… o, żółty garbus! Ale czad! Potem znowu ble ble ble… Megan Fox. Chryste, jaka to jest niesamowita d***, ple ple ple, transformacja Bumblebee, więcej ble ble ble, pojawia się Barricade, napięcie rośnie, w końcu zły robot przemawia… Chwila na refleksję- czy będąc parometrowym robotem z kosmosu naprawdę muszę krzyczeć, żeby siki nastolatka umówiły się z kupą na randkę w jego majtkach? Czy nie wystarczyłby jakiś złowieszczy, demoniczny głos? Albo po prostu powiedzenie czegoś po niemiecku? Przecież ¾ charakteru Transformera to jego głos, dlaczego więc musi on brzmieć jak żaba na sterydach z elektrodą w tyłku? „Dobra”- myślę sobie- „może chociaż walka zatrze złe wrażenie”. Na ekranie robi się na zmianę żółto i czarno, żółto i czarno, żółto i czarno, coś wybuchło, żółto i czarno. W Japonii odnotowano o 900% więcej ataków padaczki w grupie wiekowej 5-19 lat, a ja naprawdę nie widzę który jest dobry, a który zły, a tym bardziej kto bije kogo. Epileptyczny koszmar.
Całe szczęście starcie Bumblebee i Barricade’a kończy się zanim ciśnienie krwi w mózgu wysadza mi gałki oczne. Myślę, że widzowie siedzący przede mną nie byliby zachwyceni faktem, że kawałki mojego białka lądują w ich popcornie. Chwilę potem znów poczułem się jak dziecko. I to wcale nie dlatego, że atmosfera filmu cofnęła mnie wspomnieniami do wieku koźlęcego, ale ponieważ widząc transformację Optimusa dosłownie zsikałem się w bokserki z wrażenia. Wiedząc, że głosu Prime’owi użycza Peter Cullen, przezornie wsadziłem sobie kciuka w tyłek, by oszczędzić innym widzom nieprzyjemności. Przysięgam, że była to dobra decyzja, bo słysząc głos Optimusa po 20 latach z całą pewnością wypełniłbym pieluchę na rzadko. Właściwie nie miałoby zupełnie znaczenia co działo się potem, gdyż, mówiąc fachowo, wszystkie zaprezentowane środki wyrazu artystycznego, zarówno suspens, jak i retardacja, klimaks, czy denoument, są w omawianym obrazie konwencjonalne i nie wzbogacają w żaden sposób repertuaru rozwiązań stosowanych w analogicznych produkcjach ostatnich lat, czy też, mówiąc po mojemu, fabuła w Transformers jest równie potrzebna, jak kwestie mówione w pornosach, gdyby nie jeden mały szczegół… Ostatnia walka (czyli denoument, tudzież „źli będą żarciem dla psów”) jest tak przecudną rozpierduchą, że z wrażenia siedzenie pod tyłkiem zamieniłem w szambo. Patetyczna muzyka Steve’a Jablonsky’ego towarzysząca przybyciu Optimusa na scenę ostatecznego starcia z siłami Zła, czy bitwa z Megatronem, w trakcie której pada nieśmiertelne „one shall stand, one shall fall”, to sceny, do zapamiętania na długie lata. Dla tych krótkich kilku minut warto było przesiedzieć na beznadziejnie głupim, plastikowym filmie bite półtorej godziny. Optimus i Megatron okładają się, roztrzaskują, rzucają, wtykają sobie palce w oczy, wykręcają sutki, obrażają rodzinę… robią wszystko to, co powinni robić odwieczni wrogowie w walce na śmierć i życie. Najbardziej jednak smakowity jest fakt, że obaj adwersarze to kilkumetrowe roboty tłukące się po środku miasta, zamieniające przecznice w dymiące zgliszcza. Wszystko fruwa, ludzie uciekają w popłochu, budynki się walą, straty przekraczają pięćdziesiąty miliard dolarów. I o to właśnie od początku chodziło! Bitwa miała tylko jeden zgrzyt, gdy Megatron sięgnął po swą najpotężniejszą broń, pogromcę światów, zapładniacza niewiast, rozpylacza księżyców… Rozkładało się owo długie na 20 metrów działo dobre 5 minut, zajmując całą szerokość jezdni, , wyskakiwały zeń celowniki, magazynki, na końcu wielki różowy neon z napisem „Niszczyciel Wszelkiej Egzystencji 666”… oto przed porażonymi widzami ukazała się Fuzyjna Wiatrówka! Tak właśnie! Wiatrówka! Bo przecież nie można nazwać działem, albo armatą jakiejś mizernej lufki, która rzuciła Optimusem marnych parę metrów, nie czyniąc mu przy tym większej szkody, niszcząc ledwie jeden budynek, pozbawiając życia liche 283 osoby i raniąc pożałowania godną liczbę 561. Historia znała już jednego Złego Wodza, dla którego „zabić to jak splunąć”, obnoszącego się ze swoją wysoko kalibrową bronią, nazywaną pieszczotliwie „małym pistolecikiem”.
144 minuty w kinie, kilkukrotnie o włos od ataku padaczki, ale jednego filmowi odmówić nie mogę- był widowiskowy. Michael Bay nie zrozumiał jednak o co chodzi w Transformers i na czym polega ich popularność. Pokazał konflikt dwóch zwaśnionych ras robotów, z których jedna była nieskazitelnie prawa, a druga bestialska i podła. I niby wszystko w porządku, ale dlaczego tylko ci dobrzy mieli osobowość? Wyłącznie Autoboty dały się polubić, Decepticony zaś były bezosobowymi maszynkami do mięsa, robiącymi masę hałasu, jednocześnie nie pokazując za grosz charakteru. Wszyscy źli mieli niemal identyczne głosy, włączając w to płaskiego i niecharakterystycznego Megatrona. 20 lat temu Frank Welker podkładając głos lidera Decepticonów wykreował obraz prawdziwego tyrana. Hugo Weaving beznamiętnie wyrzygując z siebie kwestie był równie wiarygodny, jak IQ Dody. Wysokość gaży w tym wypadku nie przełożyła się na jakość wykonania pracy. Wtórując nijakości wokalnej, design postaci nie pozwoliłby przeciętnemu odbiorcy odróżnić bohaterów ‘z twarzy’. Matowe, szarobure kolory też jakoś nie pomagają w identyfikacji. Wystarczyłoby kilka kwestii, by Decepticony z bezbarwnych konserw stały się charakterami, prawdziwie wyrazistymi postaciami stojącymi po stronie zła. Na ten przykład gdyby Starscream zamiast „wybacz Megatronie” odpowiedział „Potężny Megatronie, może zatem ty pokaż nam jak to się robi”. Krótkie zdanie, które z klakiera robi buntownika. Jedyny moment, kiedy polubiłem Decepticony, to gdy ich lider z obrzydzeniem daje jakiemuś człowiekowi prztyczka, komentując ohydę autochtonicznej ludności Ziemi. Zło można pokazać w sposób ciekawy, intrygujący i magiczny, bo przecież za każdym nadużyciem stoi jakaś potrzeba, interes do zrealizowania. Sprawa Decepticonów była równie nijaka, jak one same. Polubić bezosobowych postaci, dążących do pustego i niezrozumiałego celu, się nie da, a właśnie dwustronność konfliktu, postacie rysowane jako kompleksowe, wielowymiarowe charaktery, walczące ponieważ, lub pomimo była zawsze największą siłą świata Transformers. Jednocześnie same Autoboty tracą równie wiele. Jak to kiedyś ująłem- heros jest tylko tak dobry, jak zły jest jego arcy wróg.
Warto wspomnieć, że w wielu kwestiach Michael Bay mocno przesadził. Pokazywanie Bumblebee sikającego na agenta było cokolwiek chybione. Równie wątpliwie mieszczące się w granicach zasady decorum było ujęcie Optimusa trzymającego klatkę piersiową i nogi Jazza. Chyba niezupełnie tak wyobrażam sobie godne uhonorowanie śmierci towarzysza broni. Na koniec pozostawiam mojego osobistego faworyta- seks na masce Bombla. Czy ktokolwiek z Was, posiadający dziewczyny (jest w ogóle ktoś taki wśród moich czytelników?) wpadłby na to, żeby posiąść swoją lubą na plecach najlepszego kumpla? Jakby tego jeszcze mało- Sam sprosił resztę kolegów- Autobotów. „Chłopaki, macie problem z przywróceniem życia na waszej planecie? Patrzcie i uczcie się!”. Po czym Ironhide spojrzał na Ratcheta lubieżnie. Film Transformers był fajną, zupełnie płaską sieczką. Piorące się roboty rządzą, ale nazywając coś tak, jak zrobił to Michael Bay można spodziewać się więcej. Zwłaszcza, że niewiele trzeba było, by film zyskał po dziesięćkroć więcej treści i wymiaru. Na dokładkę jakoś boli mnie fakt, że prawdziwym zwycięzcą bitwy byli ludzie, którzy stali się kluczem do pokonania sił najeźdźców. Nie potrafię przełknąć wyższości artylerii Armii Stanów Zjednoczonych nad potęgą Imperium Decepticonów. Powtórzę to- ludzi było o wiele za dużo w przeliczeniu na czas poświęcony robotom. Gdyby ekwiwalentnie długi segment scenariusza poświęcić rozwojowi postaci z negatywnej strony barykady, film by tylko zyskał.
Transformers miało przeciętny jak na standardy Hollywood budżet, z którego wyciśnięto majstersztyk produkcji filmowej. Michaelowi Bay’owi udało się nalać 3 litry mleka z opakowania o pojemności 750 ml. Pełna współpraca wojska, ciężki sprzęt, efekty komputerowe… Jednocześnie tam, gdzie kończą się wodotryski, a zaczyna fabuła otrzymujemy zestaw gagów z dużymi robotami w rolach głównych (miałem wrażenie, że Ironhide jest jakimś stand-up comedian), dzieciaki biegające po strzeżonym obiekcie wojskowym i mówiące doświadczonym żołdakom jak mają wykonywać swój zawód, czy dwudziestoletnią panią informatyk, z cyckami jak mały masyw górski, pracującą w Pentagonie. Takie cuda zdarzają się tylko w Ameryce. Film Transformers to naprawdę niezłe kino do nie myślenia przez 2 godziny. Jeżeli włączymy mózg chociaż na chwilę, albo, co jeszcze gorsze, przypomnimy sobie, że mamy jakiekolwiek pojęcie o tematyce TF- obraz jest pogrzebany na dnie rowu Lariońskiego (pozdrowienia dla genialnego polskiego tłumacza), zaraz obok filmowego Megatrona.
PS. Trzeba być naprawdę arcymistrzem zła, żeby kwestię „It’s Starscream” przetłumaczyć jako „to ja, Starscream”. Podszedłbym może do tej gafy ze zrozumieniem, gdyby nie to, że ja i Wallas konsultowaliśmy translatora, by nie popełnił podobnych krzaków. Oczywiście zrobił wszystko na opak.
21:48- Zmiana grafiki indexowej. Nowa szata jest bardziej czytelna i klimatyczna. Miłego odbioru.
Inne New Heroes Strona o komiksach i herosach na której pisuję.
Transformers na świecie TFU.info Najlepszy portal o zabawkach. Kropka. Seibertron Mój osobisty faworyt wśród serwisów tematycznych Lilformers Genialne komiksy- parodie